Właśnie zrobiłam sobie pyszną kawę i zmotywowana do pisania siadam z laptopem na kanapie, by w tym artykule opisać Wam jak zaczęła się moja przygoda z krawiectwem.

Pierwsza myśl o nauce szycia pojawiła się totalnie spontanicznie, jako akt desperacji w czasie nieudanych poszukiwań klasycznej szarej spódnicy. Zmieniłam pracę i chciałam uzupełnić swoją garderobę o bardziej eleganckie ubrania, w tym właśnie wspomnianą spódnicę. Niby nic nadzwyczajnego, dlatego nie sądziłam, że będzie to taki problem. Pojechałam na shopping do jednej z opolskich galerii i zaczęłam poszukiwania. Spódnic było wiele, ale żadna nie spełniała moich wymogów. Albo była za krótka, albo za długa, za szeroka, za ciasna, za droga. Do każdej miałam jakieś „ale”. Pewnie pomyślicie sobie, że jestem wybredna. Coż. Jeśli chęć kupowania ubrań, z których jestem w pełni zadowolona to bycie wybrednym to tak – jestem wybredna. W każdym razie totalnie znudzona mierzeniem i odrzucaniem każdej kolejnej spódnicy pomyślałam sobie, że fajnie byłoby umieć szyć. Uszyłabym sobie wtedy kilka takich spódnic z różnych materiałów i w różnym kolorze. Fantastyczna wizja, prawda?
W pierwszej chwili nie brałam na poważnie tego pomysłu. Ale im dłużej się na tym zastanawiałam, tym bardziej wydawało mi się, że to fajna opcja. Decyzja zapadła. Zapisałam się na kurs szycia spódnicy podstawowej. Na kursie nauczyłam się jak obsługiwać maszynę, zdejmować miarę i tworzyć na papierze wykrój. Później z wybranego materiału (wybrałam materiał w kolorze czerwonym) szyliśmy krok po kroku spódnicę o klasycznym kroju. Materiał po kilku godzinach pracy przybrał planowaną formę. Byłam z siebie bardzo dumna. Finalnie nigdy nie założyłam uszytej na kursie spódnicy. Gdy się jej bardziej przyjrzałam zobaczyłam, że nie jest idealna. Była trochę krzywa, trochę niedopasowana. Starałam się jak mogłam, ale początki bywają trudne. Nie wszystko od razu wychodzi perfekcyjnie i to nie tylko w kwestii szycia.
Tak czy siak pierwsze poważne spotkanie z maszyną zachęciło mnie do dalszych prób tworzenia. Kupiłam sobie maszynę do szycia (SINGER 2282) i w wolnym czasie próbowałam swoich sił jako amatorka krawiectwa. Uszyłam sobie torbę podróżną, koc plażowy i parę innych drobiazgów.

Z biegiem czasu podejmowałam się bardziej wymagających projektów, jak np. sukienka wieczorowa na zlecenie przyjaciółki. Sukienkę uszłam, ale cały proces był totalną prowizorką. Nie wiedziałam jak zrobić wykrój, zaszewki też nie zostały wykonane prawidłowo, a zamek wszywałam chyba 10 razy. Widząc jak niewiele umiem zapisałam się na bardziej ambitny kurs, a właściwie indywidualne lekcje szycia z doświadczoną krawcową, która jeszcze bardziej zachęciła mnie to rozwijania tej pasji. Pod jej okiem uszyłam spódnicę, koszulę i spodnie, nauczyłam się wszywać zamki, dokonywać prostych przeróbek i korzystać z wykrojów Burdy.

I tak już od dobrych kilku lat szycie stało się częścią mojej codzienności. Proces tworzenia uczy mnie cierpliwości i dokładności. Pozwala oderwać myśli od innych spraw. A najlepszym momentem jest to niesamowicie przyjemne uczucie, kiedy możesz podziwiać efekt finalny swojej prac, kiedy kawałek materiału stał się nową, piękną rzeczą. Love it<3.
Dodam jeszcze, że znalezienie kursu o tak szerokim programie było bardzo trudne. Dzwoniłam do różnych szkół, instytucji, jednak brak było jakichkolwiek ofert z zakresu nauki szycia. Uzmysłowiło mi to, jak bardzo niszowe jest to zajęcie. Osobiście uważam, że to mega funkcjonalna umiejętność i cieszę się, że odkryłam w sobie pasję tworzenia i dołączyłam do grona szycioholików.